KOMIKSY W SEPII |
POD LUPĄ
|
![]() |
| |
||
W poprzednim odcinku
W dzisiejszej popkulturze droga od nowości do klasyki jest coraz krótsza: kilka lat, czasem kilkanaście miesięcy. Właściwie wszystko jest albo nowe albo klasyczne - chyba, że po drodze wypadło z obiegu. My w RETROSTACJI nie możemy zostać w tyle i też będziemy przyklejać etykietki! O nowościach piszemy w STEAMPUNK EXPRESSIE, o tym co wypadło z obiegu - wcale, a KOMIKSY W SEPII poświęcimy na "klasykę" steampunku. Rubryka będzie sukcesywnie uzupełniana o kolejne wykopaliska (wyłącznie komiksowe), w miarę ich odkrywania lub przechodzenia do kategorii staroci. Przypominamy, że sporo komiksów - dziś już nie najnowszych, ale wciąż godnych uwagi - zostało omówionych w "Ostatnim bastionie Verne'a". Były to: pierwsza część "The League of Extraordinary Gentlemen", jej pierwowzór "The Searchers" (wraz z sequelem "The Searchers: Apostle of Mercy"), "The Adventures of Luther Arkwright" (wraz z sequelem "Heart of Empire: The Legacy of Luther Arkwright"), "Sebastian O", "Mr. Hero - The Newmatic Man", "Teknophage", "Phage: The Shadow Death" (te trzy ostatnie według pomysłów Neila Gaimana), "Brave Old World", "The Remarkable Worlds of Phineas B. Fuddle", "Steampunk", "The Victorian", oraz manga "Steam Detectives".
|
Zaczarowany dorożkarz
Kiedy niedawno ustawiałem swoje zbiory w nowym, jeszcze lepszym porządku (to częsta i jakże ważna czynność w życiu kolekcjonera), wpadło mi w ręce kilka numerów "Star*Reach" - amerykańskiej antologii wychodzącej w latach 1970. Publikowali w niej twórcy ambitni, tak zafascynowani komiksem europejskim, że zamiast "The End" pisali "Fin". W jednym ze "Star*Reachów" natknąłem się na prawdziwą sensację: prawdopodobnie najstarszy komiks steampunkowy. "Gideon Faust, Warlock at Large" jest mroczną historią, rozgrywającą się - podobnie jak znacznie późniejszy "From Hell" - za parawanem wiktoriańskiej obyczajowości. Pedofilski spisek, rytualne morderstwa, satanistyczne obrzędy, a wszystko to z udziałem najznakomitszych obywateli Londynu. Ogarniętym żądzą władzy szaleńcom wreszcie udaje się wezwać siły piekielne, ale wtedy ze swej zaczarowanej dorożki wysiada zirytowany Gideon Faust, czarnoksiężnik i mąż opatrznościowy. Apokaliptyczna bitwa w operze definitywnie kończy sprawę: Londyn odzyskuje spokój, a społeczeństwo - kręgosłup moralny. Historię napisał Len Wein (obecnie współtwórca serii "The Victorian"), a Howard Chaykin stylowo ją oprawił. Zarówno ornamentyka kadrów, jak i kompozycja plansz to wyraźny ukłon w stronę secesji i Gustava Klimta. Podczas gdy większość grafików komiksowych operuje kreską, nieliczni odważni - plamą, to Chaykin używał przede wszystkim faktur. "Używał", bo ten wybitny artysta dziś już nie rysuje, choć wciąż pisze scenariusze.
"Gideon Faust" ukazał się w roku 1976 (tzn. pierwszy odcinek, bo były jeszcze dwa w "Heavy Metalu"), a więc dwa lata wcześniej niż "Przygody Luthera Arkwrighta". Czyżby zatem teoria o brytyjskości steampunku miała lec w gruzach? No, niezupełnie. Po pierwsze: prawdziwy debiut Arkwrighta odbył się również w 1976 roku, w krótkiej historii pt. "The Papist Affair". Po drugie: mówimy o dwóch zupełnie różnych, a nawet przeciwstawnych nurtach steampunku. "Luther Arkwright" to typowo brytyjski steampunk techno-polityczny, zaś "Gideon Faust" to typowo amerykański steampunk gotycki. Chciałoby się rzec: jakie tradycje, taki steampunk. Brytyjczycy mają Wellsa, Doyle'a i Haggarda, Francuzi - Verne'a i Le Rouge'a, a Amerykanie? Chyba tylko Poe'go, Lovecrafta i Burroughsa, ale z tej trójki dwaj pierwsi pisali opowieści grozy, a ostatni historyjki o przygodach Tarzana, pół małpy - pół Anglika. Nic dziwnego, że steampunk w USA dość naturalnie podryfował w stronę horroru i okultyzmu.
|
Houdini: bohater bardzo komiksowy
Co robią amerykańscy steampunkowcy, gdy brakuje im amerykańskich bohaterów literackich? Sięgają po postacie z show-biznesu. Szczególnie wdzięcznym obiektem okazał się Harry Houdini, słynny estradowy czarodziej, pierwowzór Davida Copperfielda. Obiekt to tym wdzięczniejszy, że łączy w sobie aż dwa stereotypy: dżentelmena-awanturnika (jako postać sceniczna) i emigranta-karierowicza (jako Ehrich Weiss, syn rabina z Budapesztu). W obu tych wcieleniach Houdini "wystąpił" również w komiksie. W roku 1993 jego postać wykorzystało wydawnictwo DC, by ożywić nieco przykurzoną legendę Batmana. Komiks "Batman/Houdini: The Devil's Workshop" ukazał się w serii "Elseworlds" (Inne światy), której założenia były następujące: wyciągamy bohaterów z ich normalnego otoczenia i przenosimy w niezwykłe czasy i miejsca, z których jedne istniały, inne mogły istnieć, a jeszcze inne istnieć nie mogły lub nie powinny. Bat-Man (uwaga na pisownię) jest tu wciąż tym samym Brucem Waynem, ekscentrycznym milionerem, właścicielem połowy miasta Gotham i wciąż podkochuje się w dziennikarce Victorii Vale. Z tym, że kiedy nocą zakłada maskę, pelerynę i wyrusza by zwalczać zło, zamiast do batmobilu wsiada do dorożki. Mamy zimę roku 1907.
Mistrz Ucieczek (występujący tu w roli narratora) i Bat-Man zderzają się nie jako rywale, ale ludzie z dwóch końców drabiny społecznej. I rzeczywiście: w tym czasie Houdini wciąż uchodził w Ameryce za jarmarczne kuriozum. Pozycję miało mu dopiero zapewnić tournee, którego częścią była wizyta w (fikcyjnym) Gotham. Opowieść zaczyna się, gdy ze slumsów Devil's Workshop całymi dziesiątkami znikają dzieci ubogich emigrantów. Obaj bohaterowie niezależnie od siebie rozpoczynają śledztwo. Trop prowadzi do mięsnego magnata "Barona" Montenegro i wielkiej aktorki Leonory Reinhardt. Podczas seansu spirytystycznego Houdini wykonuje kilka fotografii, ale na zdjęciach, w miejscach gdzie powinno znajdować się dwoje podejrzanych cudzoziemców... nikogo nie ma. Ha, a więc znów horror! Czy ten scenariusz czegoś Państwu nie przypomina? [podpowiedź] I całkiem słusznie, bo pisał go nasz dobry znajomy, Howard Chaykin wespół z Johnem Moorem. Stronę graficzną powierzono Markowi Chiarello, czego efektem są wspaniałe, wykonane w akwareli plansze, wzorowane na najlepszych pracach Chaykina. Jest tylko jeden drobny zgrzyt: na seansie pojawia się duch matki Houdiniego, która w rzeczywistości zmarła dopiero sześć lat później. Ale to przecież "inny świat".
Wróćmy więc na chwilę do świata rzeczywistego. W ciągu kilku następnych lat Ehrich Weiss zdobył wszystko, czego mógł chcieć artysta wodewilowy: sławę, pieniądze, uwielbienie tłumów, podziw rządzących. Stał się prawdziwym produktem popkultury. W roku 1916 zaczął nawet kręcić filmy - tak szmirowate, że dziś nie da się ich oglądać. Kilka lat temu ten sam, wykreowany Wielki Houdini pojawił się w komiksach z serii "Spawn" (Image 1994). Ich autorzy: Tom Orzechowski, Andrew Grossberg i Greg Capullo dokonali jednak rzeczy niebywałej - uniknęli śmieszności (jeśli ktoś odniósł przeciwne wrażenie przy lekturze polskiej edycji, może podziękować tłumaczce). Przewagę nad filmem dawał im już sam komiks jako medium, z natury swej umowny i robiący oko do czytelnika. Cała historia rozgrywa się w ciągu pięciu minut, jakie Houdini spędził w zatopionej skrzyni, podczas występu w Los Angeles w listopadzie 1916 roku. To znaczy... niezupełnie w skrzyni i niezupełnie pięć minut. W tym czasie Mistrz Ucieczek zdjął łańcuchy, teleportował się do Nowego Jorku A.D. 1994, udzielił kilku wskazówek piekielnemu generałowi, wyczarował latającego Rolls-Royce'a, przerzucił bombę jądrową do innego wymiaru i wrócił na scenę tak, by publiczność niczego nie zauważyła. Ta-daa!
Już Sir Arthur Conan Doyle podejrzewał, że Houdini umiał się dematerializować. Ale autorzy "Spawna" poszli jeszcze dalej: iluzjonista nie znika, tylko przeskakuje do "Łącznika" (Overlap) - miejsca pomiędzy światami, w którym czas nie ma żadnego znaczenia... W końcu gdzieś musiał nauczyć się prawdziwej magii, więc czemu nie tam? Tę śmiałą myśl Orzechowski i Grossberg rozwinęli w czteroczęściowym spin-offie pt. "Daring Escapes" (Image 1998, rys. Alan Weiss). Tym razem Houdiniego spotykamy w ludzkim sektorze Łącznika, podczas pogawędki z Joanną D'Arc, Judaszem Iskariotą i paroma innymi przyjaciółmi. Ale już za chwilę Harry wyrusza do Watykanu, by w przededniu wyprawy Kolumba ściągnąć na siebie gniew Rodrigo Borgii (tj. Aleksandra VI). Pięćset lat później były papież wciąż żyje (!) i wciąż ma niewyrównane rachunki z Houdinim. Tymczasem w sprawę angażują się coraz wyższe czynniki, z nowojorskmi ambasadami Piekła i Nieba włącznie. Jest to z pewnością jeden z najbardziej komiksowych komiksów o Houdinim. Może nie wybitny, może nawet niezbyt odkrywczy, ale czy zawsze musi o to chodzić?
Krzysztof Janicz, listopad 2002 |
| |